O Panu, który nie mieścił się w szufladzie. #2

Rozdział Drugi, o tym jak Pana Philla coś uwierało.

Pan Phill zrobił już wiele udanych fotografii, nakręcił kilkanaście filmów, które mu się podobały, poczuł więc, że pora wracać do domu - do Nowego Jorku.

Pożegnał się z ludźmi u których mieszkał: dziewięcioletnią Pumei, jej mamą Qiaogu i tatusiem o imieniu Yanjiao.

Tutaj widzicie zdjęcie zrobione przez Pana Philla, pokazujące Pumei przy pracy.

Potem poszedł na lotnisko, kupił bilet i wsiadł do samolotu do Ameryki. 

W samolocie było bardzo ładnie, czysto i wygodnie. Pan Phill próbował odpoczywać ale coś mu przeszkadzało. Coś go gniotło i uwierało. Nie mógł jednak zrozumieć co to jest, przecież był zdrowy. 

Postanowił obejrzeć w swojej kamerze film, który nakręcił. Obejrzał go jeden raz, potem drugi i jeszcze raz… i wreszcie wiedział co mu nie daje spokoju… 

To było coś, co każdy człowiek ma w sobie, w środku, tylko niektórzy jak Pan Phill blisko powierzchni a niektórzy schowane głęboko. Czasem nawet tak głęboko, że o tym zapominają. Jak myślicie co to jest ? 

Jeśli się domyślacie możecie do mnie napisać i podać mi swoją odpowiedź :)

O tym co gniotło Pana Philla i jak sobie z tym poradził, przeczytacie pojutrze.

A już jutro bajeczka autorstwa Waszego ulubionego Mucia Beja.

Pozdrawiam wszystkich przy odbiornikach i mówię już do widzenia. 

Ola


Ola Dmitrów + Marcin Petruszka - Fotograf Łódź

czwartek, styczeń 26, 2012   ()
Święta 2011. Pearl Jam 20.
Nigdy nie byłem fanem Pearl Jam. Ba, nawet niespecjalnie rusza mnie ich muzyka, a głos Eddiego Vedera nie działa na mnie elektryzująco, ani zmiękczająco na moje kolana :)
Tym bardziej jestem pod ogromnym wrażeniem, a minął już miesiąc odkąd obejrzałem dokument „Pearl Jam 20”. Siedzieliśmy razem, jak przymurowani przed telewizorem i nie mogliśmy oderwać wzroku, przerzucić uwagi na nic innego. OK - dziewczyny jako fanki miały z górki, ale ja? Siedziałem na podłodze, bo nie zmieściłem się na kanapie (na co napewno miały wpływ makiełki :) Siedziałem i chłonąłem historię kapeli. Dowiadywałem się tych różnych rzeczy. Zaczynałem rozpoznawać członków zespołu. I doceniać. Przede wszystkim upór i tę, niełatwą przecież, wierność swojej wizji, ideałom i postawie jaką wspólnie prezentowali. I dalej prezentują. Przez te dwadzieścia lat przeszli kilka etapów rozwoju - od małej, nieznanej szerzej kapeli, przez koncerty w większych klubach, większe koncerty, stadiony i masowe festiwale. Przez walkę z monopolistą biletowym, przez tragedię Roskilde w r. 2000. Oni cały czas grają po swojemu, nie poddają się modzie, potrafią publicznie wyrazić swoje poglądy, nawet jeśli oznacza to mniejszą popularność wśród własnej publiczności.
Technicznie film jest dosyć trudny - materiał powstawał w bardzo różnych i często trudnych warunkach, przez wiele lat, na różnych nośnikach, nienajlepszej klasy sprzętem. Dźwięk stawia jeszcze większe wymagania niż zdjęcia - czasem dialogów nie sposób zrozumieć. I co z tego? Film hipnotyzuje swoim przekazem. Nie znam tych ludzi, a jednak odnoszę wrażenie, że film mówi o nich prawdę. O tym jak to jest, kiedy się jest młodym chłopakiem, którego nikt nie zna w nowym mieście, o tym jak czasem trudno jest utrzymać zespół razem, bo pojawiają się trudności, o tym, że nie działają w próżni, że wokół dzieją się losy innych znanych ludzi i co to znaczy. To ta prawda spowodowała, że siedziałem tam z zapartym tchem, a mała Marysia, która nie zna angielskiego i nie umie czytać podpisów na ekranie nie chciała iść bawić się nowymi prezentami, tylko siedziała tak długo, aż usnęła Oli na kolanach :) Prawdziwi ludzie, prawdziwa historia i nawet fajna muzyka :D
Dziękuję Pearl Jam, dziękuję twórcom filmu, dziękuję fanom i rodzinnym fankom za to, że mi to pokazały.
P.S.
Zdjęcie zrobiłem telefonem - najlepszym aparatem jaki miałem ze sobą (w trakcie świątecznego embarga :)
Marcin
Ola Dmitrów + Marcin Petruszka - Fotograf Łódź

Święta 2011. Pearl Jam 20.

Nigdy nie byłem fanem Pearl Jam. Ba, nawet niespecjalnie rusza mnie ich muzyka, a głos Eddiego Vedera nie działa na mnie elektryzująco, ani zmiękczająco na moje kolana :)

Tym bardziej jestem pod ogromnym wrażeniem, a minął już miesiąc odkąd obejrzałem dokument „Pearl Jam 20”. Siedzieliśmy razem, jak przymurowani przed telewizorem i nie mogliśmy oderwać wzroku, przerzucić uwagi na nic innego. OK - dziewczyny jako fanki miały z górki, ale ja? Siedziałem na podłodze, bo nie zmieściłem się na kanapie (na co napewno miały wpływ makiełki :) Siedziałem i chłonąłem historię kapeli. Dowiadywałem się tych różnych rzeczy. Zaczynałem rozpoznawać członków zespołu. I doceniać. Przede wszystkim upór i tę, niełatwą przecież, wierność swojej wizji, ideałom i postawie jaką wspólnie prezentowali. I dalej prezentują. Przez te dwadzieścia lat przeszli kilka etapów rozwoju - od małej, nieznanej szerzej kapeli, przez koncerty w większych klubach, większe koncerty, stadiony i masowe festiwale. Przez walkę z monopolistą biletowym, przez tragedię Roskilde w r. 2000. Oni cały czas grają po swojemu, nie poddają się modzie, potrafią publicznie wyrazić swoje poglądy, nawet jeśli oznacza to mniejszą popularność wśród własnej publiczności.

Technicznie film jest dosyć trudny - materiał powstawał w bardzo różnych i często trudnych warunkach, przez wiele lat, na różnych nośnikach, nienajlepszej klasy sprzętem. Dźwięk stawia jeszcze większe wymagania niż zdjęcia - czasem dialogów nie sposób zrozumieć. I co z tego? Film hipnotyzuje swoim przekazem. Nie znam tych ludzi, a jednak odnoszę wrażenie, że film mówi o nich prawdę. O tym jak to jest, kiedy się jest młodym chłopakiem, którego nikt nie zna w nowym mieście, o tym jak czasem trudno jest utrzymać zespół razem, bo pojawiają się trudności, o tym, że nie działają w próżni, że wokół dzieją się losy innych znanych ludzi i co to znaczy. To ta prawda spowodowała, że siedziałem tam z zapartym tchem, a mała Marysia, która nie zna angielskiego i nie umie czytać podpisów na ekranie nie chciała iść bawić się nowymi prezentami, tylko siedziała tak długo, aż usnęła Oli na kolanach :) Prawdziwi ludzie, prawdziwa historia i nawet fajna muzyka :D

Dziękuję Pearl Jam, dziękuję twórcom filmu, dziękuję fanom i rodzinnym fankom za to, że mi to pokazały.

P.S.

Zdjęcie zrobiłem telefonem - najlepszym aparatem jaki miałem ze sobą (w trakcie świątecznego embarga :)

Marcin


Ola Dmitrów + Marcin Petruszka - Fotograf Łódź

()

I’m a person who likes the process of things. I like it when things are not fixed. I don’t like to have preconceived ideas, for instance. Photography helps me with that, because when you make a photograph of somebody you have to open yourself up. If you’re not really interested, you can never make a good portrait. And somehow you start to understand things because you really want to.

Rineke Dijkstra via PDN
()

O Panu, który nie mieścił się w szufladzie. #1

Rozdział Pierwszy, o tym jak Pan Phill przemierzał świat.

Phill Niblock ma dzisiaj 77 lat. 

Przez pół życia sądził, że jest fotografem lecz okazało się, że tak naprawdę czuje się szczęśliwy jako muzyk…ale od początku. 

Kiedy Pan Phill był młody, ludzie z Nowego Jorku mówili mu: „Dobry z ciebie fotograf” i dawali mu różne fajne nagrody, za to, że robił ładne zdjęcia. Zdjęcia te pokazywały pięknych tancerzy i śliczne tancerki. Było dużo blasku i połysku, ale panu Phillowi czegoś brakowało. Wreszcie, po dziesięciu latach pracy w Judson Dance Theatre, poczuł, że czas w drogę.

Przemierzył Japonię, Chiny, Brazylię, Portugalię, Meksyk i wiele innych odległych krain. Dotarł nawet na Arktykę.

Nie chciał jednak podziwiać wielkich i zamożnych miast, władanych przez królów i bogaczy. Pragnął przebywać ze zwyczajnymi ludźmi. Odwiedzał więc wioski i miasteczka, i fotografował prostych ludzi i ich życie. Miał też ze sobą kamerę, więc oprócz zdjęć, robił filmy. A że ludzie z którymi przebywał głównie pracowali, utrwalał na taśmie ich ciężką pracę.

Fotografia ta przedstawia Pana Yanjiao przy pracy.

Pan Phill cieszył się, że fotografuje człowieka w ruchu i że jest to ruch całkiem inny od tego jaki obserwował w teatrze i któremu do tej pory poświęcał całą swoją uwagę. 

Mijały tygodnie…

Więcej o Panu Phillu i o tym, jak nie dał zamknąć się w szufladzie przeczytacie pojutrze.  

Jutro zaś kolejna opowieść autorstwa słynnego na Całej Ulicy, fotografa noszącego konspiracyjno-przymilny pseudonim Mucio Bej.

Pozdrawiam wszystkich czytelników przy odbiornikach i mówię już dobranoc. 

Ola


Ola Dmitrów + Marcin Petruszka - Fotografia ślubna Łódź

wtorek, styczeń 24, 2012   ()

Aaaaby fotograf SOS

Facet mocno się przestraszył. Ale najpierw zobaczył tę antyczną wazę z Achillesem i Patroklesem. Obraz, jak fotografia, zadziałał na wyobraźnię. Mit nie daje mu spokoju. Zaczyna myśleć o sobie i swoich przyjaciołach. Przyjmuje zakład, który ma pokazać prawdę. Oczywiście przyjmując zakład udowadnia, że nie wie co to przyjaźń. Bo jak dowieść, że ma się przyjaciela? Wystawić go celowo na próbę? Jakim jest się przyjacielem robiąc mu coś takiego? Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie - jasne, ale wykreować tę biedę by sprawdzić kto jest przyjacielem?

OK - gość się wystraszył. Zaczął źle. Może nikt mu w życiu nie pokazał o co w tym chodzi. Może miał słabych rodziców… Ale próbuje. Chce. Próba jest spalona, ale wynika z niej coś dobrego - przebudzenie. Pojawia się w końcu szansa na poprawę.

Patrząc na film z perspektywy fotografa… faktycznie film nie jest jakiś przełomowy. Pod względem technicznym. Nie ma spektakularnych zdjęć. Jest porządny warsztat operatora. Dobrze poprowadzona kamera, dobre światło - wszystko wygląda naturalnie, spokojnie kupujemy historię, która dzieje się we Francji. Widzimy, że to prawdziwe miejsca, że to nie studio itd. Techniczne zagadnienia to łatwizna. Ale zdjęcia dobrze opowiadają tę historię, podbijają akcenty i zatrzymują akcję kiedy trzeba. Mnie się podoba ten film i jego zdjęcia. Nie potrzebuję tu nic więcej.

Zatem patrząc na film z perspektywy fotografa… kopię głębiej, staram się przekroczyć technikę i wyciągnąć z filmu więcej. Co ja, jako fotograf mam z tej historii? Jak w ostatniej scenie „Tajne przez poufne” braci Coen - „What do we learn from that?”. Myślę, że od warsztatowych umiejętności, sprzętu i zagadnień technicznych ważniejsza jest historia. Tę zaś tworzą ludzie, na których muszę się skupić, żeby z moich fotografii wyszło coś wartościowego. Zapomnieć o sobie, o swoich potrzebach i problemach, a w zamian myśleć o tych, którzy przede mną się otwierają stając przed obiektywem. Być z nimi, starać się przeżywać z nimi ich historię i w odpowiednich momentach zrobić zdjęcia, które tę historię zachowają.

Lepiej więc zrobić nieidealne technicznie zdjęcie, które opowiada ciekawą historię, niż idealne ale puste jak okładka pisma z ładną buzią. Warto spróbować, popełnić błędy, zauważyć je by przy następnym zwolnieniu migawki poprawić technikę. Zadzwonić na linię SOS Przyjaciel, by zrozumieć, że nie tędy droga.

A wy - co widzicie w „Moim najlepszym przyjacielu”?

Marcin


Ola Dmitrów + Marcin Petruszka - fotograf Łódź

poniedziałek, styczeń 23, 2012   ()

Z Dziennika Pokładowego 21.01.2012

Cześć,

Oglądaliśmy kilka dni temu film o przyjaźni. 

Nie umiem w tej chwili tego zrozumieć, dlaczego zwykle na szczere i bezpośrednie wyznania: „Jesteś moim przyjacielem, cieszę się, że Cię mam” w odpowiedzi pada: „…Daj spokój, nie ma o czym mówić, nie mówmy o tym…”

Nie ja na szczęście słyszę tego typu odpowiedzi, ale takie rozmowy toczą się w moim otoczeniu. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego uważa się, że otwarte wyznania na temat przyjaźni są pretensjonalne lub w najlepszym razie patetyczne.

Film o którym piszę to na pierwszy rzut oka powielająca schematy hollywoodzkie, tzw. komedia obyczajowa. Żadnych nagród nie dostał, forma wizualna też pozbawiona spektakularnych poszukiwań. 

Jednak dobrze nam się go oglądało. Ale co najważniejsze dla mnie, na dobre zadomowił się w mojej głowie i przypomina mi o sobie. Minęło  parę dni, zobaczyłam i przeczytałam jeszcze parę rzeczy, a on umościł się wygodnie i chyba zostanie ze mną na dłużej. Szczególnie jedno zdanie: „…A do kogo Ty możesz zadzwonić o 3 nad ranem?”.

Właściwie to sama jestem zaskoczona tym, że „Mój najlepszy przyjaciel” tak bardzo dał mi do myślenia… i że tak bardzo go doceniam. Myślę, że jest tak właśnie dlatego… że niepopularnie wprost… i niepretensjonalnie konkretnie - mówią tam o przyjaźni.

Ps. Można go z łatwością obejrzeć tu: http://www.iplex.pl/filmy/moj-najlepszy-przyjaciel,1554

Szczerze pozdrawiam moich przyjaciół : )

Ola




Ola Dmitrów + Marcin Petruszka - fotograf Łódź

sobota, styczeń 21, 2012   ()

Żółw! Lego Creationary rules :) [pic] — http://t.co/smAowCYV

środa, styczeń 4, 2012   ()

Jak każdy może poprawić swoje zdjęcia w 15 minut bez żadnych nakładów finansowych w 2012 roku http://t.co/KQE0PUAI - Powodzenia!

poniedziałek, styczeń 2, 2012   ()

"Don’t worry about being better than anybody you know personally or whose work you admire...."

Simply try to be better tomorrow than you were yesterday :)

()

Jest szansa, że będę miał jakieś zdjęcia siebie - mam oficjalny zakaz zabierania sprzętu na święta :D ktoś inny be… — http://t.co/JBOiUllm

środa, grudzień 21, 2011   ()