Święta 2011. Pearl Jam 20.
Nigdy nie byłem fanem Pearl Jam. Ba, nawet niespecjalnie rusza mnie ich muzyka, a głos Eddiego Vedera nie działa na mnie elektryzująco, ani zmiękczająco na moje kolana :)
Tym bardziej jestem pod ogromnym wrażeniem, a minął już miesiąc odkąd obejrzałem dokument „Pearl Jam 20”. Siedzieliśmy razem, jak przymurowani przed telewizorem i nie mogliśmy oderwać wzroku, przerzucić uwagi na nic innego. OK - dziewczyny jako fanki miały z górki, ale ja? Siedziałem na podłodze, bo nie zmieściłem się na kanapie (na co napewno miały wpływ makiełki :) Siedziałem i chłonąłem historię kapeli. Dowiadywałem się tych różnych rzeczy. Zaczynałem rozpoznawać członków zespołu. I doceniać. Przede wszystkim upór i tę, niełatwą przecież, wierność swojej wizji, ideałom i postawie jaką wspólnie prezentowali. I dalej prezentują. Przez te dwadzieścia lat przeszli kilka etapów rozwoju - od małej, nieznanej szerzej kapeli, przez koncerty w większych klubach, większe koncerty, stadiony i masowe festiwale. Przez walkę z monopolistą biletowym, przez tragedię Roskilde w r. 2000. Oni cały czas grają po swojemu, nie poddają się modzie, potrafią publicznie wyrazić swoje poglądy, nawet jeśli oznacza to mniejszą popularność wśród własnej publiczności.
Technicznie film jest dosyć trudny - materiał powstawał w bardzo różnych i często trudnych warunkach, przez wiele lat, na różnych nośnikach, nienajlepszej klasy sprzętem. Dźwięk stawia jeszcze większe wymagania niż zdjęcia - czasem dialogów nie sposób zrozumieć. I co z tego? Film hipnotyzuje swoim przekazem. Nie znam tych ludzi, a jednak odnoszę wrażenie, że film mówi o nich prawdę. O tym jak to jest, kiedy się jest młodym chłopakiem, którego nikt nie zna w nowym mieście, o tym jak czasem trudno jest utrzymać zespół razem, bo pojawiają się trudności, o tym, że nie działają w próżni, że wokół dzieją się losy innych znanych ludzi i co to znaczy. To ta prawda spowodowała, że siedziałem tam z zapartym tchem, a mała Marysia, która nie zna angielskiego i nie umie czytać podpisów na ekranie nie chciała iść bawić się nowymi prezentami, tylko siedziała tak długo, aż usnęła Oli na kolanach :) Prawdziwi ludzie, prawdziwa historia i nawet fajna muzyka :D
Dziękuję Pearl Jam, dziękuję twórcom filmu, dziękuję fanom i rodzinnym fankom za to, że mi to pokazały.
P.S.
Zdjęcie zrobiłem telefonem - najlepszym aparatem jaki miałem ze sobą (w trakcie świątecznego embarga :)
Marcin
Ola Dmitrów + Marcin Petruszka - Fotograf Łódź

